poniedziałek, 28 listopada 2016

2 płoty dalej.

Dwa domy dalej, dwa płoty dalej.
Lecę z garnkiem zanieść coś ciotce Fretce. Lecę z jakimś bigosem.Tylko krajuszkiem idź drogi - słyszę jeszcze za plecami donośny i wyraźny głos babci.
Spróbowałabym tak  nie iść. Wiem, że babcia patrzy przez okno jak idę, podskakuję idąc, bo tak zawsze chodziłam. W dorosłości zamieniło się to w elastyczny, pewny chód. W rzeczywistości, to wesołe  podskakiwanie, które ludzie mylą z pewnością siebie.
Słyszę krótki śmiech babci z tego,  że tak idę, jak chłopaczysko. Wesołe parsknięcie.
Ciotka Fretka jest siostrą mojej babci. Gienia przyjechała za nią aż z Bieszczad, jak miała 16 lat. Fretka jest starsza od babci, nie wiem dokładnie ile, chyba z około 8. Dziś ma z 80 i jest starszą damulką. Taka co to chodzi na szpilkach, nosi kapelusze, zawsze umalowana i piękne wygląda. Ale jak trzeba do siostry powiedzieć - ty idiotko, tu się tych pelargonii wysadzi, gówno ci tu wyrośnie -  to powie. Zresztą - dobrego też by powiedziała. Ale normalnie, to się nie pierdoli, mówi na wprost, żeby nie marnować czasu.
Te wszystkie bieszczadzkie kobiety mają w sobie tę hardość i nieziemską umiejętność przystosowania się do każdych warunków. W 1940 roku było ich siedem,  jeden brat, mama i tata. Tatę zamordowali Niemcy. Z tymi dziećmi i z całym gospodarstwem została mama i i teściowa - Babcia Zaraza, co Matkę Boską w studni widziała, nie do zdarcia, bosa kobieta - w butach to tylko do kościoła. One wszystkie po Babce Zarazie mają to pyskowanie i niepierdolenie się z czymkolwiek. Wzbudzają strach u wszystkich - u mężczyzn dookoła też, a to nie byle co, bo wszystkie na partnerów wybierają sobie silnych facetów, kozaków, którzy przy nich miękną i rozpływają się. I ja jestem z Babki Zarazy i jak trzeba to przypierdolę, a jak kocham, to z całej siły i nic mnie nie powstrzyma.
Nie znam silniejszych kobiet od nich. Nie pamiętam wszystkich tych sióstr, chociaż wiem, że wszystkie poznałam. Najbliżej byłam z Fretką i Bronią.
 Więc idę z tym bigosem w garnku, krajuszkiem, bo inaczej dostanę solidny opierdol i dowiem się, jaką jestem idiotką, która nie dba o wspaniałe życie. Mam wtedy 5 lat, ale taki opieprz wystarczy, aby na zawsze pokochać to, że się żyje i zapamiętać, że trzeba zwariować, aby życie się nie podobało.
 Dom ciotki Fretki to jest stara poniemiecka willa. Na dole mieszka pani Damulka z mężem. Oni nie mają dzieci i wkurwia ich, że u Fretki ciągle jakieś dzieci latają, ale przy bieszczadzkiej dziewczynie to nie za wiele ma do powiedzenia. Poza tym, pamiętam, że pani Damulka uważała mnie za grzeczną i ułożoną dziewczynkę. Pamiętam, że na wielkie podwórko, na którym była tylko trawa, trochę kwiatów - mniej niż u babci - i brzozy. Rosły te dwie brzozy, na tyle blisko siebie, że wujek Romek - mąż Fretki - rozwieszał hamak. Jak przychodziła wiosna, to dzwonił do dziadków i dziadek Gucio mnie wolał - hamak rozwiesili. Więc przy okazji zanieś ten bigos. Wchodziłam na to wielkie podwórko, przez starą bramkę, której dźwięk skrzypnięcia pamiętam do dzisiaj. Szczupłą klamkę, którą bez trudu i oporu naciskałam i się otwierało. Biały domek ze skośnym dachem. Doskonale pamiętam, jak to wyglądało. Taki góralski - bardzo wysokie podmurowanie, wyższe od każdego mężczyzny, który tam mieszkał. Duże, drewniane drzwi. Wchodzisz do sieni, pełno butów Buty państwa Damulków przemieszane z butami wujków-dziadków. Potem otwierasz kolejne drzwi i po prawej wejście do sąsiadów. A przy lewej ręce naciskasz na klamkę i widzisz lakierowane brudnożółte schody, lakierowana farba i dywanik kolorowy. Ciagle ktoś mnie strofuje, abym tam uważała. Idę do góry. Urządzenie tego domu, przytulne, z tymi szczegółami, które pamiętam to jest dom mojego dzieciństwa, chociaż nie mieszkałam tam, tylko nosiłam te bigosy i ciasta. W tamtych czasach nie mieli takich mieszkań. Były albo komunistyczne meblościanki albo pamiętające czasy wojenne obrusiki i wyszywanki. A jak przypomnę sobie ten dom, to dziś o nim myślę jako o anglosaskim,  bo trochę tak był urządzony, a trochę mentalnie taki był.  Ciotka Fretka ma córki bliźniaczki - Krysię i Basię oraz syna Kazika. Basia mieszka w Starym Sączu, chyba z tych rejonów pochodzi jej mąż, Andrzej. Mają dzieci - Anię i Krzysia, o których mogłabym napisać osobne opowieści, bo na każde wakacje przyjeżdżali do babci Fretki i wujka Romka. Druga z sióstr bliźniaczek to Krysia. Dawno temu wyjechała do USA z dwiema córkami - Basią i Izą. Nie bardzo je pamiętam - ale do dziś widzę ich uśmiech, pogodę ducha, amerykańskie adidasy i charakterystyczny zapach, którego nie było w tych czasach u nas w Polsce.
Teraz muszę zanieść ten bigos, nie wypierdolić się na stromych schodach. Jakoś poszło. Lubię usiąść sobie w tej poniemieckiej willi, u ciotki Fretki, w pokoju gościnnym. Tu są secesyjne meble odpicowane po nowoczesnemu. Biblioteczka z książkami - dużo ich, ale dzisiaj nie pamietam żadnego tytułu. Telewizor - rzecz jasna, kanapa, stół i krzesła. Obicia jakieś kwiatowe, miękkie, do wypoczywania. Na ścianie obrazek, w który wpatrywałam się długo i z lubością. Kiczowaty, barokowy. Nagie aniołki, zbierające jabłka w sadzie. Grubiutkie, wesołe, z koszami pełnymi owoców. Dzieciństwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz